Jakiś czas temu, przypadkowo trafiłem na info o trekkkingu, hajkingu, buszkrafcie, ałtdorze, a później o sruvivalu. Pomijam nomenklaturę, która zapewne w mediach społecznościowych brzmi lepiej niż biwakowanie czy turystyka, a nie jeden odziany w ciuchy camo klepie niemca po kasku jaki ma zarąbisty kilogramowy zestaw noży jako edc.
Przeglądając grupy, doszedłem do wniosku, że kupując coś za mniej niż 100zł kupujesz paździerz. Jednak często patrząc na rzeczy które kosztują owe 100 lub nawet 200zł a składają się z trzech kawałków blaszek co jest nie wiele więcej warte niż góra 20zł, stwierdziłem, że nie tu zaparkowałem auto.
Zarąbista osełka za 300zł, kieszonkowa latarka za tyle samo. Dziesięć noży bo każdy do czegoś innego, do rąbania, smarowania, pieczywa, lin, filetowania, korowania, no mózg stanął mi w poprzek i stwierdziłem, że nie stać mnie na takie zabawy. ale nie powiem, spanie w hamaku to mistrzostwo świata, a ludzie kupią nawet małpę z kijem w tyłku. W grupach przetrwaniowców, najczęściej padają pytania o noże, latarki, plecaki z czego te ostatnie uważam, iż nie nadają się na wyprawę ze względu na mały litraż, wagę i wyrąbaną cenę w kosmos.
Oczywiście można przytroczyć, ale milion kieszonek i w każdej czegoś nakichane, no nie wiem. Dobra, każdy ma swoją filozofię i kit mi w oko, ach bym zapomniał, gdzie jest moja bransoletka z parakordu, której pewnie nigdy nie użyję, ale fajnie wygląda i czasem przeszkadza.... ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz